Przez niemal pół wieku był częścią codziennego życia mieszkańców Czerska. Woził ludzi do pracy, lekarzy, szkół, na wesela, chrzciny i pogrzeby. Zawsze punktualny, spokojny i życzliwy. Dziś na postoju taksówek pozostało po nim puste miejsce, a mieszkańcy wciąż nie mogą pogodzić się z tragedią, która odebrała życie człowiekowi znanemu niemal każdemu w mieście.
W sobotę Czersk pożegnał 75-letniego pana Kazimierza – wieloletniego taksówkarza, który zginął podczas wykonywania swojego ostatniego kursu.
Człowiek, którego znało całe miasto
Dla wielu mieszkańców pan Kazimierz był kimś więcej niż kierowcą taksówki. Przez dziesiątki lat pomagał ludziom dotrzeć do celu, często stając się świadkiem najważniejszych wydarzeń w ich życiu.
To właśnie on odwoził mieszkańców na dworzec, do szpitala, do pracy czy na rodzinne uroczystości. Wielu pasażerów znał od lat i traktował niemal jak rodzinę.
Na postoju taksówek, gdzie przez lata można było spotkać jego samochód, dziś panuje cisza. Nie ma już znajomej sylwetki kierowcy ani krótkich rozmów prowadzonych między kursami.
Dla mieszkańców jego odejście oznacza koniec pewnej epoki.
Setki osób na pogrzebie
W sobotę 20 czerwca odbyły się uroczystości pogrzebowe pana Kazimierza. W ostatniej drodze towarzyszyły mu setki osób.
Na cmentarzu pojawili się członkowie rodziny, przyjaciele, sąsiedzi oraz mieszkańcy miasta, którzy przez lata korzystali z jego usług.
Tym razem role się odwróciły. Człowiek, który przez niemal 50 lat odwoził innych do celu, sam został odprowadzony na miejsce wiecznego spoczynku.
Rodzina zdecydowała, że podczas ceremonii nie będzie wystawionego zdjęcia zmarłego. Bliscy chcieli zachować go w pamięci takim, jakim był naprawdę – jako kochającego męża, ojca, dziadka i człowieka oddanego swojej rodzinie.
Wzruszające słowa podczas mszy
Podczas nabożeństwa kapłan zwrócił się do rodziny słowami, które poruszyły wielu uczestników ceremonii.
– Droga rodzino, jesteście dzisiaj bardzo bliscy sercu Jezusa, ponieważ doświadczacie cierpienia, na które w żaden sposób nie zasłużyliście – mówił duchowny.
Podkreślał, że łzy, ból i poczucie niesprawiedliwości są naturalną reakcją na utratę bliskiej osoby.
– Są wyrazem miłości do tych, których przychodzi nam tutaj, na ziemi, pożegnać – dodał.
Słowa te wywołały ogromne wzruszenie zarówno wśród rodziny, jak i mieszkańców miasta.
Tragiczny kurs do Chojnic
Do tragedii doszło 12 czerwca. Tego dnia pan Kazimierz, jak robił to od dziesięcioleci, wyjechał do pracy.
Według ustaleń śledczych 27-letni Mateusz G. zamówił kurs do Chojnic. W trakcie podróży miał poprosić kierowcę o zjazd na leśny parking w okolicach miejscowości Młynki.
Tam doszło do brutalnego ataku.
75-letni taksówkarz próbował się bronić, jednak odniesione obrażenia okazały się śmiertelne. Mężczyzna nie wrócił już do domu.
Informacja o jego śmierci błyskawicznie rozeszła się po mieście, wywołując szok i niedowierzanie.
Mieszkańcy nadal nie mogą uwierzyć
Wielu mieszkańców przyznaje, że wciąż trudno im pogodzić się z tym, co się wydarzyło.
– Kaziu zaczął jeździć jeszcze w latach siedemdziesiątych. Woził ludzi dosłownie wszędzie. Zawsze był spokojny, życzliwy i pomocny. Takich ludzi już się nie spotyka – wspomina jeden z mieszkańców.
Inni przyznają, że tragedia wzbudziła również strach.
– Najgorsze jest to, że po prostu wyszedł do pracy jak każdego dnia. Nikt nie przypuszczał, że już nie wróci – mówi jedna z mieszkanek Czerska.
Część osób nie chce jednak publicznie wypowiadać się na temat sprawy, tłumacząc to emocjami oraz obawami związanymi z całą sytuacją.
Puste miejsce i pamięć, która pozostanie
Na postoju taksówek nadal stoi puste miejsce po samochodzie pana Kazimierza.
Z kolei w lesie, gdzie doszło do tragedii, mieszkańcy pozostawiają znicze, kwiaty i krótkie wiadomości. Dla wielu osób stało się ono symbolem niesprawiedliwej śmierci człowieka, który przez całe życie pomagał innym.
Choć jego samochód już nigdy nie pojawi się na ulicach Czerska, mieszkańcy są zgodni co do jednego – pana Kazimierza nie da się zapomnieć.
Przez niemal pięćdziesiąt lat pomagał ludziom dotrzeć do celu. Swój ostatni kurs zakończył w miejscu, z którego już nigdy nie wrócił.

